Izabela Baran

Aktorka (po AST w Krakowie, filia we Wrocławiu), kulturoznawczyni (po Akademii Filozoficzno- Pedagogicznej Ignatianum w Krakowie), a od niedawna także absolwentka kursu mindfulness „Trening uważności”. To, że kształciła się w tak wielu kierunkach, jest pochodną jej pasji, którą w jednym zdaniu określa jako „grzebanie w człowieku”. Trudno nie zauważyć, że właśnie to zajmuje ją intelektualnie - pracę licencjacką na kulturoznawstwie pisała na temat tożsamości aktora, a wielkim odkryciem było dla niej to, że neurologicznie rzecz ujmując mózg grającego nie wie, że odgrywana w tej chwili rola to nieprawda, bo każdą emocję przeżywaną na scenie traktuje jako swoją. Pracę magisterską na AST pisała natomiast o procesie twórczym Krystiana Lupy i aktorstwie kwantowym. Bywała też nianią, kelnerką i specjalistką od social mediów w restauracji „Scena Sushi” (dziś już zamkniętej).
Jako aktorka w sytuacji scenicznej po prostu jest, czuła i czujna na to, co się wydarza. Aktorstwo jest dla niej rzucaniem się na głęboką wodę z odwagą i zaufaniem do siebie. Jest też bezpieczną przestrzenią, w której może zaryzykować- balansując tym realne życie, w którym skłonność do ryzyka zajmuje Izie coraz mniej miejsca.
Jej droga teatralna zaczęła się szczęśliwie, z przytupem: znalazła się w zespole Teatru Miejskiego w Gliwicach pod wodzą Łukasza Czuja, gdzie zagrała m.in. w DOMU SPOKOJNEJ STAROŚCI w reżyserii dyrektora, NORZE Ibsena w reżyserii Judyty Berłowskiej, TRAMWAJU ZWANYM POŻĄDANIEM w reżyserii Jacka Jabrzyka. Jednak najważniejszym gliwickim spektaklem był dla niej obsypany nagrodami NAJMRODZKI, CZYLI DAWNO TEMU W GLIWICACH Michała Siegoczyńskiego. To tam poczuła, co to znaczy być częścią zespołu teatralnego i jak scalającą, niesamowitą podróżą może być tworzenie spektaklu.
A potem przyszła nie dość, że zmiana gliwickiej dyrekcji, to jeszcze pandemia. Iza wybrała freelance - zamieszkała w Warszawie i przez siedem lat z sukcesami grała w telewizji, filmie, chodziła na castingi, ale ciągle myślała, że jednak „decha to decha”- nie ma nic lepszego niż deski sceniczne. Nie boi się mocnych słów: dni bez teatru były dla niej cierpieniem, choć chwilę zajęło jej zdefiniowanie tego uczucia. Uznała, że tęskni za przynależnością, za tym, że jest komuś potrzebna, że ma poczucie sprawczości większe niż to wynikające z epizodycznego pojawienia się w serialu.
Sceniczne skrzydła wyrosły jej na scenie ponownie, gdy w ubiegłym roku gościnnie wystąpiła w roli Gilety w KSIĘŻNICZCE NA OPAK WYWRÓCONEJ w reżyserii Pawła Aignera w teatrze im. Horzycy w Toruniu - roli bardzo ciepło przyjętej w środowisku, która zaprowadziła ją na rozmowę do Teatru Wybrzeże. Iza lubi tę rolę - nie tylko dlatego, że dała jej możliwość innego niż psychologiczne, formalnego grania, ale też dlatego, że zaczęła sobie zadawać filozoficzne pytania wynikające ze sztuki: na ile śnimy życie? Na ile życie się po prostu dzieje, a na ile zależy od nas, na ile możemy nim sterować? I na ile pozwalamy sobie marzyć?
Bywała „w gościnie” kilka razy - na przykład w spektaklu INNA DUSZA na podstawie powieści Łukasza Orbitowskiego w Teatrze Polskim w Bydgoszczy czy w TANGU w reżyserii Piotra Ratajczaka w Teatrze Nowym w Zabrzu. Ale „gościna to nie dom”. Gościna to nie wzajemne zobowiązanie, współtworzenie miejsca, bycie u siebie.
Dziś, kiedy już jest w zespole Wybrzeża, trzyma się pewnej metafory. Kiedy kłaniała się po raz pierwszy (po zastępstwie w spektaklu AWANTURA W CHIOGGI) uświadomiła sobie, między jakimi świetnymi aktorami stoi. Uznała, że w pracy jest trochę tak, jak w lesie: jeśli wokół są dobre, zdrowe drzewa, to drzewo, którym się jest, też wzrasta. Ktoś je osłoni, ktoś da mu wody, podzieli się witaminami… Bardzo chce dbać o to środowisko, stabilną wspólnotę i być jej częścią. Do domu rodzinnego ma daleko (żartuje, że wybrała sobie najdłuższą trasę w Polsce- z Gdańska na Podkarpacie), ale chce traktować Gdańsk jako swój artystyczny dom - ten, w którym ma dostęp do „prawdziwej dechy” i sztuki, która otwiera serce jej i publiczności w - bo tylko taka się dla niej liczy.