Kacper Sasin urodził się i wychował w Gryficach. Ważną częścią jego świata był i jest hip-hop. Pierwszej płyty Molesty słuchał jako ośmiolatek na żółtym walkmanie przywiezionym mu przez babcię z Niemiec. Potem były Kaliber 44, freestyle, breakdance i graffiti (nie może zdradzić, gdzie dokładnie, ale w Gryficach jest graffiti autorstwa jego ekipy). Muzyka dawała mu przede wszystkim poczucie przynależności – hip-hopowe grupy łączyły się w kolektywy, miały własne miejsca, znaki i zasady. Mimo upływu lat i dzielącej ich geografii wspólnota gryfickich hip-hopowców nadal istnieje.
Sasin sam pisze teksty do swoich piosenek i nagrywa muzykę z zaprzyjaźnionymi artystami – kończy właśnie zbierać materiał na płytę. Fascynuje go przede wszystkim pojemność hip-hopu: możliwość łączenia soulu z jazzem, punku z rockiem, czerpania z bardzo różnych źródeł
i tworzenia z nich własnego języka. Widzi w tym coś bardzo teatralnego. Interesuje go rytm, który organizuje nie tylko muzykę, ale także słowo i aktorstwo. Nawet słowa i taniec mają
w sobie, jak uważa, coś z matematyki. Taniec pozostaje dla niego czymś szczególnie intymnym. Ma świadomość ciała jako narzędzia pracy, a jednak uważa, że nie umie tańczyć – najwyżej potrafi udawać, że umie.
Zanim został aktorem, przez pewien czas miał zostać inżynierem i marynarzem. Studiował mechatronikę na Akademii Morskiej w Szczecinie. Mechanika, elektrotechnika
i programowanie przychodziły mu łatwo. Pamięta zasadę zwężek Venturiego – dla innych skomplikowany element wiedzy technicznej, dla niego jeden z algorytmów, które po prostu trzeba było zrozumieć. W tym samym czasie tak naprawdę fascynowały go „Dzienniki” Gombrowicza. Dostojewski do dziś wydaje mu się znacznie trudniejszy niż mechanika, która w pewnym momencie stała się dla niego piekielnie nudna.
Do szkoły aktorskiej zdawał z przekonaniem, że prędzej czy później się dostanie. Pierwsza porażka nie była powodem do rezygnacji – był gotów zdawać drugi i trzeci raz, a gdyby było trzeba, nawet dwudziesty drugi. W 2016 roku ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie, filię we Wrocławiu. Już podczas studiów został wyróżniony na Festiwalu Szkół Teatralnych
w Łodzi za role w „Weselu” Moniki Strzępki oraz w „Lwie na ulicy” w reżyserii Cezarego Ibera.
W teatrze współpracował między innymi z Teatrem im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatrem Powszechnym w Warszawie, Teatrem Słowackiego w Krakowie, Teatrem Trzyrzecze i Instytutem Grotowskiego. Od 2019 roku przez siedem sezonów był członkiem zespołu Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Pracował tam między innymi z Marcinem Wierzchowskim, Januszem Opryńskim, Piotrem Ratajczakiem, Mirą Mańką i Katarzyną Minkowską.
Szczególnie ważne było dla niego doświadczenie pracy nad „Biesami” Marcina Wierzchowskiego. Było to spotkanie z reżyserem, który „nie pisze SMS-ów, tylko wiersze”
i z procesem, w którym aktor może stać się współtwórcą świata przedstawionego. Taki sposób pracy pozostał dla Sasina ważnym punktem odniesienia – teatr interesuje go najbardziej wtedy, kiedy daje aktorowi możliwość wejścia w temat, podjęcia ryzyka i sprawdzenia, co dana historia może z nim zrobić.
Ważnym doświadczeniem z czasu szkoły była dla niego praca z Moniką Strzępką. Gitara, rock, energia i poczucie, że teatr można urządzić po swojemu, działały na młodych aktorów jak magnes. Dziś inaczej patrzy na to, czego potrzebują twórcy i publiczność. Energia, która zachwycała go jako młodego aktora – bezczelność, rozkruszanie zastanego porządku – nie jest już dla niego jedyną prawdą objawioną. Ma poczucie, że świata nie trzeba już rozkruszać, bo rozkruszył się sam. Coraz bardziej potrzebuje więc od teatru budowania, nie destrukcji, a także – nie wstydzi się tego słowa – piękna.
Jego doświadczenie filmowe rozwijało się równolegle do teatru. Pojawiał się między innymi
w „Ślepnąc od świateł”, „Moim długu”, „Teściach 2”. Szczególnie mocno kojarzony jest z rolą Messiego w „Furiozie”. Sam ma jednak apetyt na role, które pozwalają mu wyjść poza typ obsadzania wynikający z wyglądu i fizyczności. Nie chce w nieskończoność grać kolejnych wersji tej samej postaci.
Bardzo lubi komedię i marzy mu się prawdziwa farsa – z drzwiami, które trzaskają, pomyłkami, precyzyjnym rytmem i bohaterami mijającymi się w idealnie wyliczonych momentach. Nie potrzebuje, żeby pod dowcipem koniecznie kryła się wielka egzystencjalna prawda. Interesuje go sama sztuka rozśmieszania. Uważa, że zanika kultura opowiadania: krótkie formy i memy coraz częściej zastępują historie wymagające konstrukcji, rytmu i odpowiedniego momentu na puentę. Dlatego cieszy go talent do opowiadania dowcipów Grzegorza Gzyla, nowego kolegi
z garderoby. W nowej garderobie jest też Darek Majchrzak, a miejsce to przypomina Kacprowi trochę szkołę marynarską: sami faceci w różnym wieku. Na szczęście nikt nie sprawdza, jak na początku studiów na Akademii Morskiej, tego, czy są idealnie ogoleni.