%20(8)-1-1600x1066.webp)
25 września, podczas 13. Festiwalu Wybrzeże Sztuki, zapraszamy na prapremierę sztuki Syn, matka i ojciec siedzą przy stole i długo milczą Ivora Martinića. Z reżyserką, Viktorią Dulak, rozmawia Monika Mioduszewska.
Monika Mioduszewska: Syn, matka i ojciec długo milczą. O czym jest to milczenie?
Viktoria Dulak: Oni tak naprawdę więcej gadają niż milczą. Jest to na pewno przewrotne, co Martinić zawarł w tytule. Mamy jakieś wewnętrzne założenia, czym to milczenie może być dla tych postaci, żebyśmy mogli w ogóle ruszyć z pracą, ale widz, który przyjdzie, będzie mógł to zinterpretować po swojemu. Bo tych możliwości jest całkiem sporo, ale myślę, że żadna błędna.
Tytuł, oprócz tego, że jest bardzo długi, jak chyba wszystkie tytuły Ivora Martinića, jest jeszcze o tyle przewrotny, że nie ma w nim córki, która przy stole siedzi.
Nie ma w nim córki i nie ma w nim też drugiego, młodszego brata, który dla samego konfliktu jest dosyć istotny, choć nie pojawia się fizycznie w dramacie. Konflikt zogniskowany jest między najstarszym synem a rodzicami. Córka pojawia się w trakcie i pełni ważną rolę, bo przychodzi trochę jako outsiderka, ze świeżą perspektywą, odczarowuje pozostałym postaciom i widzowi to, w czym się okopali. Natomiast to najstarszy syn jest bohaterem tej historii o tyle, że przez jego perspektywę poznajemy bohaterów, jego oczami oglądamy wszystko, co się dzieje. Natomiast każda z tych perspektyw jest ciekawa i warta uwagi. Ten tekst daje nam dostęp do każdej z tych postaci i to jest w nim piękne.
Punktem wyjścia w całej tej historii jest decyzja rodziców, które dziecko by uratowali, gdyby wystąpiła sytuacja zagrożenia. I samo założenie, że zadajemy komuś takie pytanie jest abstrakcyjne. Na pierwszej próbie reagowaliśmy w wielu miejscach śmiechem i tak się zastanawiam, na ile idziecie w stronę komediową, a na ile chcecie poważnie zadawać widzom to pytanie?
Myślę, że śmiech jest konieczny, on jest też naturalnym mechanizmem obronnym przed ciężkością i powagą tego tematu. Możliwe, że dosyć przewrotnie, ale postanowiliśmy wyjść od realizmu i jednak przynajmniej na chwilę bardzo poważnie pochylić się nad ludźmi, którym naprawdę zostało zadane takie pytanie. Oni w kontekście tego czasem zachowują się abstrakcyjnie, czasem karykaturalnie, czasem głupio i to wytwarza pewną lekkość formy, poczucie humoru, jednocześnie koncentrując naszą uwagę na tym, że nikt z nas nie jest w stanie w pełni i szczerze odpowiedzieć na takie pytanie, bo nikt z nas nie wie, jak by się zachował.
Ale jednak trzeba spróbować sobie na nie odpowiedzieć?
To, co nas najbardziej interesuje i mnie też jakoś najbardziej porusza, to jest to, co dzieje się między tymi postaciami, w jakich stanach ich poznajemy i jak te relacje się zmieniają pod wpływem pytania, które jest większe od nich wszystkich. Przyglądamy się stanom ludzi, którzy zaryzykowali i postanowili być w pełni autentyczni i odpowiedzieć tak bardzo, bardzo szczerze – „najszczerzej jak się dało”, jak to mówi w spektaklu Matka. Badamy jakie są konsekwencje tak brutalnej szczerości.
W tym wszystkim bardzo jednak zależy nam na opowiedzeniu jak bardzo ta rodzina chce żyć i jak bardzo im zależy na sobie nawzajem. To nie są wynaturzone potwory. Przyrzekliśmy sobie, że nie będziemy grać grozy tego tematu, grozą relacji. Naszym podstawowym założeniem, które padło już na pierwszych próbach jest to, że oni wszyscy się bardzo kochają – to są dobrzy ludzie postawieni przed strasznym pytaniem. Każdy z nas mógłby się znaleźć ze swoją rodziną w podobnej sytuacji i nikt nie wie, jak naprawdę byśmy zareagowali.
A jednak nie wszyscy kochają się tak samo. Są ludzie, którzy rzeczywiście potrafią powiedzieć, że nie kochają wszystkich swoich dzieci w ten sam sposób.
Tak. Zdarza się, że są ze sobą w takiej szczerości. Ale to nigdy nie pozostawia nas bez konsekwencji. I to, co się zmienia w tych postaciach właśnie pod kątem tego pytania i odpowiedzi, jaką dostają, jest tym, czym myślę, że najbardziej się zajmujemy. To wszystko w końcu sprowadza się do bardzo pierwotnej potrzeby bycia zaakceptowanym, pokochanym i zwyczajnie przytulonym. Za to, że po prostu jesteśmy. A ten formularz kontrastuje z pytaniem, czy miłość, nawet rodzinna jest bezwarunkowa.
A co, jeżeli nie jest?
Albo co, jeżeli nam się wydaje, że nie jest? Niezależnie od tego, te postaci muszą żyć. Zadają sobie pytania i słyszą odpowiedzi. A życie toczy się dalej.
Myślę, że gdyby miłość bezwarunkowa była tak powszechna, to nie mielibyśmy świata pełnego ludzi, którzy tak usilnie szukają akceptacji.
I nie byłoby spektakli na ten temat. Bo wszyscy byliby zaopiekowani i utuleni. Zostalibyśmy też pozbawieni drogi samodzielnego dochodzenia do tej akceptacji, do zdrowienia, trudno powiedzieć, co ma większą wartość.
Dlaczego widzowie mieliby przyjść na ten spektakl?
Mam takie marzenie a propos tego spektaklu. W naszych życiowych relacjach rodzinnych, ale nie tylko rodzinnych, bo właściwie w każdych bliskich relacjach, często nie zdobywamy się na to, żeby coś komuś powiedzieć, bo nie chcemy albo się boimy. Dużo rzeczy jest niewypowiedzianych i skrywanych gdzieś pod spodem. Nawet w momencie, kiedy kłócimy się z kimś bliskim, jesteśmy bardzo zakleszczeni w naszej perspektywie.
W podobnym punkcie są postaci naszego spektaklu. Często chcieliby tego samego, a nie robią tego, bo nie wytworzyli nigdy między sobą języka, który pozwoliłby im się dogadać. Teatr daje tę piękną możliwość, że jesteśmy w stanie przejrzeć się w drugim człowieku, chodzącym po scenie. Może nie zawsze jesteśmy w stanie zrozumieć członków własnej rodziny, zwykle nawet nie próbujemy poznać ich perspektywy, ale jesteśmy w stanie utożsamić się z bohaterami oglądanej historii, choćby w dziwnie silny sposób przypominały moją wkurzającą matkę albo nieobecnego ojca. To mi się marzy - żeby widz, który przyjdzie na ten spektakl, mógł się przejrzeć w tych postaciach. A potem wrócić do domu i porozmawiać ze swoimi bliskimi.
Gdyby udało się dać widzom narzędzie do popatrzenia na siebie poprzez te postaci i ten spektakl, na własne relacje rodzinne i może poprzez zrozumienie ich, zrozumienie trochę bardziej członków własnej rodziny, no to myślę, że czulibyśmy się spełnieni.
To jest twój debiut reżyserski. Czego szukasz w teatrze jako reżyserka i jaką reżyserką chcesz być?
Reżyserii dotknęłam jeszcze przed studiami reżyserskimi – jako asystentka i dramaturżka. Kiedy rozpoczęłam studia reżyserskie, to dopiero zaczęłam szukać własnego języka i składać sobie własne puzzle z tych części, które dostałam. Bo były to też skrajnie różne doświadczenia i metody pracy, różne estetyki teatralne, których gdzieś doświadczyłam po drodze. Każda mnie czegoś nauczyła, ale teraz jestem na etapie, w którym nie wyobrażam sobie zdefiniować w pełni swojego rodzaju teatru, bo dopiero zaczynam dotykać go i sprawdzać. Zauważyłam też, że dużo bardziej ciągną mnie poszczególne tematy, autorzy, historie niż konkretna estetyka. Najpierw znajduję historię, która wydaje mi się warta opowiedzenia, dopiero później szukam na nią formy. Jeśli raz to będzie smutny i ciężki dramat egzystencjalny, a innym razem pocieszna farsa – niech tak będzie. Jesteśmy jednak rzemieślnikami, po to mamy narzędzia, żeby z ich pomocą tworzyć dzieła różnorodne. Na pewno jednak interesuje mnie człowiek w teatrze. I to jest jakieś banalne stwierdzenie, chyba bardziej się nie dało, aczkolwiek moje doświadczenie reżyserskie wychodzi z pracy z aktorem, która od początku jest dla mnie bardzo ważna, zarówno w sensie pracy nad postaciami, co ludzkich spotkań. Może też dlatego, że swoje pierwsze asystentury robiłam przy Radku Stępniu i Marcinie Wierzchowskim, którzy bardzo mi wpoili taką metodę pracy.
Ale coś, co odnalazłam nawet w tym tekście tutaj, to człowiek i jego chęć życia w zestawieniu z czymś, co jest większe. I w tym wypadku to może być jakaś polityka i abstrakcyjne pytanie formularza, ale to może być religia albo sytuacja, która w takich ludzkich realiach nas przerasta. To na pewno są tematy, które widzę, że gdzieś mnie ciągną.
Marzy mi się zrealizowanie Franza Kafki, to na pewno jest autor, do którego będę chciała jeszcze zaglądać. No i ciągnie mnie do teatru opowieści. Jedni pewnie powiedzą, że to staromodne, drudzy stwierdzą, że w tę stronę skręca teraz polski teatr.
Widzowie spektakli Radka Stępnia i Marcina Wierzchowskiego chyba by się nie zgodzili, że to jest staromodne.
To też prawda. Jest we mnie jakaś wielka wiara w to, że widzowie są jeszcze stęsknieni za takimi totalnymi historiami w teatrze. Że one pozwalają jakoś przystawić lustro widzowi, pozwolić mu przejrzeć się i odnaleźć też jakieś elementy swojego życia w tym.
Jak się pracuje, będąc debiutującą reżyserką, z doświadczonymi aktorami?
Oj, jest to bardzo trudne i wspaniałe jednocześnie. Jestem ogromnie wdzięczna za tę możliwość pracy tutaj. Pracuję z zawodowymi, wspaniałymi i doświadczonymi aktorami. Zresztą, już na początku prób śmiałam się, że z całego zespołu realizatorów jestem najmłodsza jako reżyserka. Więc ta poprzeczka na pewno zawieszona jest wysoko.
Ale jest to niesamowite doświadczenie, taka możliwość zderzenia się z ludźmi z ogromem ich doświadczeń, intuicji i wrażliwości, możliwość współpracy z nimi i uczenia się od nich. Zresztą czuję się tu bardzo dobrze przyjęta. Dostałam dużo zaufania z ich strony, co wcale nie jest takie oczywiste, bo też nie wiedzieli na co się piszą wchodząc w tę pracę ze mną. A teraz jesteśmy już jakąś taką małą rodzinką, siedzącą przy stole i dużo gadającą. Ale to na pewno jest piękne spotkanie i zawodowo, i ludzko.
Dziękuję za rozmowę.
Viktoria Dulak – urodziła się w Nowym Jorku, a wychowała w Polsce - w Opolu. Od 2023 roku studiuje reżyserię dramatu na warszawskiej Akademii Teatralnej. Przez ostatnie lata pracowała w teatrach jako reżyserka, asystentka reżyserów, producentka i dramaturżka. Realizowała spektakle m.in. z Radkiem Stępniem, Mirą Mańką czy Marcinem Wierzchowskim.
Podczas zeszłorocznej edycji festiwalu Sopot Non-Fiction premierę miał spektakl Chłopcy w jej współreżyserii, który od sierpnia 2025 r. grany był m.in. w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, Teatrze Szwalnia w Łodzi czy Teatrze Nowym w Poznaniu oraz zakwalifikował się do programu Teatr Polska.
Poza pracą w teatrze zajmują ją tematy psychologii społecznej. Ukończyła kurs pisania reportażu prowadzony przez Kamila Bałuka na Uniwersytecie Wrocławskim, co rozpoczęło jej fascynację teatrem dokumentalnym. Interesuje ją rozczytywanie na nowo klasycznych dzieł i zestawianie ich z kontekstami współczesnej rzeczywistości, ale pisze również autorskie scenariusze. Od dziecka jej marzeniem jest zorganizowanie festiwalu lub założenie teatru w rodzinnej Piwnicznej-Zdroju, aby połączyć pracę z fascynacją góralskimi, lokalnymi historiami.