Czuliśmy, że dotykamy czegoś ważnego, czyli wywiad z Adamem Orzechowskim

Zapraszamy Państwa do lektury wywiadu z Adamem Orzechowskim, laureatem POMORSKIEGO SZTORMU w kategorii CZŁOWIEK ROKU za reżyserię spektaklu BRONIEWSKI Radosława Paczochy. Wywiad przeprowadziła Katarzyna Fryc z Gazety Wyborczej.

Katarzyna Fryc: Jak się czuje Człowiek Roku 2014 w Kulturze chwilę po odebraniu statuetki?

Adam Orzechowski: Przede wszystkim jestem zaskoczony, bo nigdy nie uważałem się za Człowieka Roku, ani nie przywykłem do sytuacji, gdy wszystkie światła są skierowane na mnie. Raczej należę do osób, które codzienną ciężką robotą wyrąbują sobie kawałeczek poletka. Ale to świetnie, że działania moje i Teatru Wybrzeże są zauważane, doceniane i widać efekty naszej pracy. Tym bardziej mi miło odebrać POMORSKI SZTORM, to ważne wyróżnienie, w dodatku konkurencja była znamienita. Ogromnie cieszy, że spektakl podoba się wielu widzom, także tym opiniotwórczym, którzy zwykle nie są nadmiernie wylewni w komplementach.

BRONIEWSKI w pana reżyserii w tym roku rozbił bank. Zdobył wszystko, co było do wzięcia w Trójmieście i sporo prestiżowych nagród w kraju. Spektakl pokazała też TVP Kultura, co samo w sobie jest wyróżnieniem. Przystępując do pracy nad BRONIEWSKIM spodziewał się pan takiego sukcesu?

A skąd! Strasznie długo się zastanawiałem, czy w ogóle brać się za tę sztukę. Materiał przeogromny, w dodatku trudny formalnie. Musiałem to sobie wielokrotnie przemyśleć, aż w końcu udało się znaleźć pomysł na spektakl. Tym pomysłem było skonfrontowanie młodego Broniewskiego ze starym. Na początku chciałem nawet, by młody Broniewski przesłuchiwał starego, by poziom zapętlenia był jeszcze większy i by pokazać nasze ciągłe rozliczanie się każdego ze wszystkim. Ale nawet najlepszy pomysł jeszcze nie gwarantuje sukcesu, nawet jeśli jesteśmy zadowoleni z tego, co nam wychodzi. Na szczęście przy BRONIEWSKIM wszyscy mówią, że jest jakaś energia w tym przedstawieniu. My, realizatorzy, szczególnie się dopasowaliśmy i odbieraliśmy na wspólnych falach. Pracowaliśmy w pewnym uniesieniu, czuliśmy, że dotykamy czegoś ważnego. Weszliśmy w świat Broniewskiego, byliśmy w jego domu, dotykaliśmy jego rzeczy. Chcieliśmy nim przesiąknąć. Nawet nie tyle bronić go, co uczciwie przyjrzeć się temu facetowi. A jednocześnie przyjrzeć się Polsce i każdemu z nas. A nad tym unosił się Władysław Broniewski, autor, zdawałoby się, zapomniany. Zauważam, że na widowni inaczej reagują ludzie dojrzali, którzy byli katowani jego poezją obowiązkową. Nie wszyscy wiedzą, że Janina, jego pierwsza żona, napisała książkę o generale Karolu Świerczewskim O CZŁOWIEKU, KTÓRY SIĘ KULOM NIE KŁANIAŁ, a druga żona Maria Zarębińska jest autorką dawnej lektury DZIECI WARSZAWY. W spektaklu pojawiają się postaci ówczesnego życia kulturalnego [m.in. Aleksander Wat, Julian Tuwim - red.], przedstawieni nie zawsze pozytywnie, których starsi widzowie znają z zupełnie innej strony.

Dla mnie BRONIEWSKI to spektakl o artyście, w którego losach zawarł się paradoks najnowszej historii Polski. Z kolei pod względem formalnym pana przedstawienie emanuje szlachetną prostotą. Co pana urzekło w tekście Radosława Paczochy, że postanowił go pan przenieść na deski swojego teatru?

To niezwykłe skrzyżowanie losów Polski i człowieka. Człowieka niezwykłego, bo poety. W dodatku uwikłanego w ideologię i zawirowania polityczne. To spowodowało, że poczułem w tym tekście duży potencjał. Broniewski jest postacią tragiczną, nadaje się na bohatera. Z tego materiału można było np. zrobić znakomity film albo go zmarnować, robiąc z bohatera alkoholika.

Nad czym teraz pan pracuje?

W tym roku obchodzimy 250-lecie publicznego teatru w Polsce, więc przyglądamy się bliżej klasyce naszego dramatu w ramach ogólnopolskiego projektu KLASYKA ŻYWA. Za nami premiera PRZEDWIOŚNIA według Stefana Żeromskiego, a teraz przygotowujemy TRESOWANE DUSZE na podstawie mało znanego tekstu Gabrieli Zapolskiej w mojej reżyserii. Premiera 15 maja, serdecznie zapraszam.