CZAROWNICE Z SALEM - recenzja z Nowej Siły Krytycznej

„Salem to mieścina na końcu świata: mała, samowystarczalna, oddalona od wszelkich możliwych pokus. To też wspólnota religijna kościoła purytańskiego, której starał się przewodzić pastor Parris. Na przełomie 1691 i 1692 roku Betty Parris, córka pastora, i jej kuzynka Abigail Williams zachorowały. Wstrząsały nimi konwulsje, mdlały i zapadały w dziwną śpiączkę. Twierdziły, że zostały zaczarowane przez mieszkanki Salem, które parały się czarną magią i podpisały pakt z diabłem.

Ustanowiono wówczas sąd w Salem. Stosując tortury, śledczy sprawili, że duża grupa osób przyznała się do winy. W rezultacie skazano około 80 osób, w tym 20 na karę śmierci. Wśród powieszonych znalazły się głównie starsze kobiety, żebraczki i sam pastor, który zaczął odmawiać pomocy przy kolejnych aresztowaniach.

W 1953 roku Arthur Miller, jeden z najwybitniejszych amerykańskich dramaturgów, stworzył literacką wariację na temat tych wydarzeń - CZAROWNICE Z SALEM. Dla Millera "polowanie na czarownice" stało się pretekstem do rozważań nad naturą człowieka: nad złem, zawiścią, zazdrością i nieokiełznanym pragnieniem posiadania. W paraboliczny sposób zanalizował, jak bogacili się niektórzy ludzie kosztem oskarżanych, wykupując lub po prostu przejmując ich majątki poprzez rzucanie fałszywych oskarżeń na sąsiadów. Pokazał też wyścig o władzę w małym, odciętym od wielkiego świata Salem (na przykład jak pastor rywalizuje z rolnikami o wpływy lub sąsiad z sąsiadem...). CZAROWNICE Z SALEM Millera były też alegoryczną opowieścią o antykomunistycznej nagonce rozpętanej przez Josepha McCarty'ego na przełomie lat 40. i 50.

W kwietniu 2013 roku w Teatrze Wybrzeże adaptację arcydramatu Millera przygotował Adam Nalepa - reżyser, który w Trójmieście zrealizował wcześniej: BLASZANY BĘBENEK wg powieści Guntera Grassa, KAMIEŃ Mariusa von Mayenburga, NIE-BOSKĄ KOMEDIĘ Krasińskiego (wszystkie w Wybrzeżu) oraz ZIELONEGO MĘŻCZYZNĘ Jakuba Roszkowskiego w sopockim Teatrze BOTO.

O teatrze Nalepy i języku scenicznym, który sobie wypracował, można napisać wiele, ale to nie miejsce na taką szczegółową analizę. Chciałbym zwrócić uwagę tylko na jego pracę z aktorami. Najlepszym przykładem była rola Moniki Chomickiej-Szymaniak z CZAROWNIC Z SALEM, która wcieliła się w Rebeccę Nurse. Rola niezbyt duża, bez zadatków na popisową. Rebecca to kobieta dojrzała, spokojna i ciesząca się powszechnym szacunkiem w Salem. W gdańskim spektaklu Nurse pojawiła się może trzykrotnie, a jednak Chomicka-Szymaniak grała z ogromnym, magnetyzującym spokojem i pewnością swoich racji. Nie przyćmiewała reszty zespołu, nie wybijała się szczególnie ani tonem, ani gestykulacją. Nalepa nie stworzył zbiorowości na wzór szarej masy i tłumu, który krzyczy tam, gdzie ktoś wcześniej zaczął wołać. To zbiorowość - owszem - ale składająca się z indywidualności. Nikt nie został potraktowany powierzchownie. Każda postać ma swoją historię do opowiedzenia, choć często brakuje jej na to czasu na scenie. Każda z tytułowych czarownic miała inną motywację do rzucania oskarżeń. Opowiadały o sobie, że jedna była zakochana, inna chciałaby zadowolić ojca albo budzić szacunek w Salem. Czuć, że wszyscy mieli swoje tajemnice, grzeszki i grzechy, lęki i pragnienia. Aktorzy nie byli wyłącznie narzędziami w rękach reżysera. To jego partnerzy, którzy - aby spektakl miał nośność - muszą mieć coś do opowiedzenia od siebie, a nie tylko mówić tekstem Millera.

Teatr Wybrzeże w ostatnim czasie przyzwyczaił publiczność do naprawdę wysokiej jakości spektakli, jednak kreacje z CZAROWNIC Z SALEM przejdą do historii trójmiejskiego teatru. Mirosław Baka chyba nareszcie znalazł reżysera, który potrafił wyzyskać jego wszystkie umiejętności. Do niedawna był szufladkowany jako aktor komediowy lub grający niespełnionych artystów-intelektualistów (co robił zresztą wyśmienicie). W CZAROWNICACH grany przez niego John Proctor był rolnikiem, odsuniętym na ubocze członkiem społeczności Salem. To człowiek kontrastów. Spokojny, uczciwy, wyrachowany i wybuchowy, kochający swoją żonę, Elizabeth (Małgorzata Brajner). Zdradzał ją jednak z naczelną intrygantką Salem, Abigail (Katarzyna Dałek), ulegając namiętnościom. Był człowiekiem potężnym z zewnątrz, budzącym strach i szacunek, ale słabym w środku.

Najtrudniejszą rolę - przewodniczki, czarodziejki, narratorki spektaklu - zagrała Sylwia Góra-Weber (Tituba). Nie potrafię jej kreacji jednoznacznie zinterpretować. To ona zaczynała każdy akt genialnymi aranżacjami muzycznych szlagierów. Jej rola była androgyniczna. Trochę jak Manson, Joel Gray, a trochę Lady Gaga. Jej głos jak dzwon wprowadzał widownię w sytuację i budował nastrój niepewności. Była kapłanką, szamanką, klaunem i złośliwym Jokerem. Jej zmysłowość przywodziła na myśl wszelkie możliwe sceny kuszenia i uwodzenia. Robiła show z samej siebie, podkreślając, że wszystkie sytuacje na scenie to teatr, którym ona rządzi, dyryguje i opowiada go ze swojej perspektywy. Z nieskrywaną perwersją.

Ciekawym przesunięciem było powierzenie roli najmłodszej dziewczynki w Salem, Ruth, jedynego dziecka Putnamów (Magalena Boć i Krzysztof Matuszewski), Krystynie Łubieńskiej - aktorce w podeszłym wieku. Putnamowie byli starym rodem, który zaludniał ziemię Salem. Kiedyś. Małżeństwo Putnamów straciło przy porodach siedmioro dzieci. Chorowita Ruth to ich jedyna nadzieja. Reżyser zbudował taką sytuację, żeby podkreślić, jak zdesperowani byli Putnamowie, szukając winnych ich osobistej tragedii. Pokazał, co może stać się z człowiekiem, który nie jest w stanie spełnić swoich własnych oczekiwań. W bardzo skrajny - i mocny przy tym - sposób to przesunięcie pokazało w złośliwych Putnamach również ludzi, przygniecionych i zapętlonych w absurdalne podejrzenia, wobec wszystkich, którym się powodziło.

Adam Nalepa przy pomocy CZAROWNIC Z SALEM Millera, obnażył tkwiące w ludziach zło i próbował zrekonstruować samonapędzającą się spiralę oskarżeń i zbrodni. Jego spektakl nie był jednak wyłącznie doraźną diagnozą kondycji człowieka współczesnego, ani też analizą polskiej sceny politycznej. Choć takie tropy pojawiają się w spektaklu - na tyle subtelnie i bezstronnie, że spektakl można czytać przez pryzmat społeczno-polityczny (nagonki medialne, rywalizacja partii politycznych), ale nie trzeba.

Scena została wyłożona ziemią, a po środku stała niewielka biała platforma, która wysuwała się na przód lub chowała w głębię gdańskiej sceny. Na platformę przez większą część spektaklu drobnymi strumieniami padał deszcz, zamieniając ziemię w błoto. Rozmowy i konflikty w większości odbywały się na tym podwyższeniu, co sprawiało, że aktorzy dochodząc na nią, musieli postawić kilkanaście kroków po błocie, brudząc się. Ten prosty zabieg pokazywał skalę zła i cynizmu. Tego, że nikt w Salem nie jest niewinny, wszyscy mają swoje grzechy. Ale też to, że nikt nie był winny temu, co próbuje mu się udowodnić, a wymierzana kara ze sprawiedliwością nie miała nic wspólnego. Bo procesy w Salem to właśnie wzajemne obrzucanie się błotem.

To spektakl zachwycający oprawą wizualną. Po raz drugi (po NIETOPERZU z TR Warszawa w reżyserii Kornela Mundruczo) nie raziło mnie użycie świateł stroboskopowych. W CZAROWNICACH Z SALEM dawały one niesamowity efekt, łapiąc jak na kliszy aparatu fotograficznego uciekające po scenie postaci, tworząc powidoki.

Z prawej strony sceny zostały ustawione metalowe rury, które raz były lasem, innym razem miejscem prowokujących tańców młodych dziewczyn. Z lewej stał fortepian, na którym na żywo grał Muzykant z wioski (Marcin Mirowski). Efekty dźwiękowe wydobywane przez niego, nie tylko za pomocą klawiszy, ale i uderzeń o struny wewnątrz pudła instrumentu, fenomenalnie budowały nastrój: psychodeliczny, transowy, iście infernalny. Salem to piekło, a przeniesione na scenę Wybrzeża przypominało prawdziwe Inferno, spowite w dymy, mroczne i tajemnicze. Piekło, które ludzie ludziom zgotowali."

Tomasz Kaczorowski, Nowa Siła Krytyczna