Ciemna energia i filozoficzna przypowieść - o CZAROWNICACH Z SALEM w miesięczniku Teatr

„Znakomite CZAROWNICE Z SALEM w reżyserii Adama Nalepy w gdańskim Wybrzeżu łączą ciemną energię SWEET DREAMS Marilyn Mansona z refleksją filozoficznej przypowieści.

Gdański Teatr Wybrzeże przeżywa dobry czas. Z przyjemnością patrzę, jak w teatrze przy Targu Węglowym powstaje zespół aktorski zdolny do podejmowania różnorodnych wyzwań, chętnie czerpiący z przeciwstawnych scenicznych języków i stylów. Z jednej strony inscenizacje Julii Holewińskiej i Kuby Kowalskiego (CIAŁA OBCE, ŻYCIE JEST SNEM), w środku Grzegorza Wiśniewskiego (ostatnio ZMIERZCH BOGÓW, SŁODKI PTAK MŁODOŚCI, PERSONA), z drugiej brawurowe i rzeczywiście odważne AMATORKI Eweliny Marciniak. Ważne, że przedstawienia te znajdują ogólnopolskie uznanie, bo brak ewidentnego sukcesu mocno Wybrzeżu doskwierał przez pierwsze lata dyrekcji Adama Orzechowskiego. Wszyscy zgadzali się, że powstawały tu porządne spektakle, a jednak brakowało im szerszego oddechu, czegoś nienazwanego, co wyniosłoby je na wyższy poziom. Teraz już nie brakuje. Dlatego trzeba przyglądać się trójmiejskiej scenie z dużą uwagą.

Podoba mi się, że Wybrzeże pod sterami Orzechowskiego, wspieranego przez Cezarego Niedziółkę, manifestacyjnie wyrzeka się tak zwanej linii programowej. Repertuarem rządzi świadomy eklektyzm, co pozwala zderzać na trzech czy nawet czterech scenach odległe od siebie konwencje i tematy. Szefowie Wybrzeża nie boją się eksperymentu, ale nie w głowie im wspieranie niby odważnych projektów, za to dla nikogo. Z banalnej prawdy o tym, że nie ma teatru bez publiczności, wyciągają oczywiste wnioski.

CZAROWNICE Z SALEM oglądałem w gorący lipcowy wieczór w tłumie młodych widzów. Wybrali teatr zamiast licznych w tym czasie nadmorskich rozrywek. Próbuję w kilku zdaniach, patrząc z oddali, opisać pomysł na dzisiejszy Teatr Wybrzeże, bo widowisko Adama Nalepy wydaje się być jego niemal idealną egzemplifikacją.

Oto klasyczny już, a jednak korespondujący ze współczesnością, do tego rzadko wystawiany dramat. Tytuł łatwy do skojarzenia dzięki osobie autora, Arthura Millera, ale też dzięki kilku ekranizacjom. Bodaj ostatnią oglądaliśmy w kinach w 1996 roku. W filmie Nicolasa Hytnera główne role zagrali Winona Ryder i Daniel Day-Lewis. Skończyło się na wystawnej kostiumowej opowieści, wypranej jednak z emocji, jakimi naładowana jest sztuka. Teraz znów CZAROWNICE Z SALEM trafiły pod nasze strzechy. Do tego sama inscenizacja, swobodnie zderzająca tradycyjną narrację z mocnymi obrazami i ostro nakreślonymi rolami. Wykonywane z perwersyjnym zacięciem przez Sylwię Górę-Weber, grającą Titubę, przeboje SWEET DREAMS i GIRLS JUST WANNA HAVE FUN, dają spektaklowi energię rockowego koncertu. Buduje ją również muzyka wykonywana na żywo przez Macieja Mirowskiego, przy fortepianie zastępującego całą orkiestrę. Do tego zespołowe aktorstwo, w którym nie brak jednak miejsca na efektowne solówki.

Mam wrażenie, że dla Nalepy CZAROWNICE Z SALEM były sprawdzianem wielokrotnym. Próbą zmierzenia się z szansą na powołanie do życia teatru totalnego, który siłę oddziaływania czerpie z własnej skali, z tego, że nie wstydzi się być spektakularnym widowiskiem. A przy tym trudno odnaleźć w jego przedstawieniu puste fajerwerki. Udało się zbudować wspierającą się na mocnych fundamentach konstrukcję, z której nie dałoby się usunąć nawet jednego elementu. Dzieło Millera można inscenizować, ostentacyjnie wyrzekając się odniesień do współczesności, postawić akcent na retoryczne pojedynki aktorów. Tyle że byłoby to mocno nieznośne albo przynajmniej zbyt chłodne, czego dowodzą ostatnie inscenizacje: Barbary Sass w krakowskim Teatrze Słowackiego (1999) oraz Izabelli Cywińskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie (2007). Nie można było odmówić im szlachetnych intencji i starannego wykonania. Nie wystarczyło to jednak, by z CZAROWNIC Z SALEM uczynić teatr niepokojący, przekonać, że widzowie mogą dzielić z bohaterami ich dylematy. Wyobrażam sobie też, że z utworu Millera uczyniłby ktoś rzecz o naszym tu i teraz, pełną konkretnych odniesień do bieżącej sytuacji. W końcu autor też reagował na to, co go dotykało: pod historycznym kostiumem ukrył komentarz do ówczesnych działań komisji Mc Carthy'ego. Wtedy jednak groziłby nam spektakl publicystyczny, o bardzo krótkim terminie ważności.

"Mamy XXI wiek. Jesteśmy w Polsce, nie w Stanach Zjednoczonych. W Gdańsku. Nie w Salem. Jak to dobrze, że dziś już nie pali się czarownic..." - napisał w programie do przedstawienia dramaturg Jakub Roszkowski. Trudno w tych słowach nie wyczuć ironii, bo gdyby historia opisywana przez Millera była nam całkiem odległa, nie byłoby sensu zajmować się nią w teatrze. Nalepę nie interesuje na szczęście wyszukiwanie realnie istniejących odpowiedników bohaterów dramatu, chociaż nie byłoby to przecież takie trudne. Swą inscenizację umieszcza poza konkretnym czasem, nie wchodząc w jakikolwiek polityczny czy światopoglądowy spór. A że opowieść o polowaniu na czarownice w miasteczku Salem w Nowej Anglii w końcu XVII wieku zapewne z czymś się komuś skojarzy, to już zupełnie inna sprawa. Nie taki był cel reżysera. Gdański spektakl jest bowiem na wskroś uniwersalną historią o narodzinach szaleństwa, ogarniającego całą społeczność Salem, a dającego się odczuć także w bardziej globalnej skali.

Zaczyna się od tańców grupy dziewcząt, w których nie ma bluźnierstwa, ale jest hedonistyczna chęć ucieczki od rzeczywistości, odnalezienia się w niekontrolowanych przez nikogo, niedozwolonych dla dorastających panien rewirach. Sceny te mają swą dynamikę, dyktowaną przez motoryczną muzykę, mają też w sobie nieskrywany erotyzm i skrajne emocje. Młode aktorki Wybrzeża wiją się przy metalowych prętach, które są drzewami w lesie, ale także rurkami do striptizu w dzisiejszym klubie go-go. Idą po swoje ostro, nie bojąc się nagości ani eksponowania własnej urody. Sekwencje te uwodzą bezczelną siłą - powstały po to, aby wbić widza w fotel i swój cel osiągają. Efekt wzmacnia znakomita scenografia Macieja Chojnackiego, który całą podłogę wysypał piaskiem. Z czasem ów piach zamienia się w błoto, oblepiając ciała i stroje aktorów. Szaleństwo Salem ucieka zatem od abstrakcji, stając się namacalnym brudem. Efekt to może nienowy, ale nad podziw skuteczny.

Większość scen dialogowych umieścili Nalepa z Chojnackim na niewielkiej platformie, przemieszczającej się z głębi na proscenium. Tam rozmawiają ze sobą Proctorowie (Małgorzata Brajner i Mirosław Baka), tam przyjmują pastora Hale'a (Cezary Rybiński). Ta scenka na scenie zdaje się być zdrowym wycinkiem normalności w świecie trawionym gorączką. Dlatego nie do końca rozumiem, dlaczego autorzy spuszczają na niego oczyszczające (chyba) krople wody. Prawdopodobnie dla wzmocnienia siły obrazów. I cel swój osiągają, jednak jest to jedyny w całym spektaklu zabieg, który wydaje się efektem dla efektu. Niekoniecznym.

Wszystko inne zgadza się za to idealnie. Obserwujemy świat, w którym jedno podejrzenie powoduje lawinę kolejnych. Bohaterowie z czasem zaczynają spoglądać na siebie z paranoiczną nieufnością, w dawnych przyjaciołach widząc potencjalnych donosicieli i zdrajców. Dla ocalenia łatwo tu wyrzec się siebie, co egzekwuje z niezmąconym spokojem sędzia Danforth. Nalepa obsadził w tej, zarezerwowanej dotąd dla starszych wykonawców, roli młodego Piotra Domalewskiego, który rozwija się w Gdańsku z przedstawienia na przedstawienie. W CZAROWNICACH... przeraża chłodem, skrywanym pod eleganckim garniturem okrucieństwem. Niesie też kolejny temat inscenizacji - pułapki doktrynerstwa, potęgowanego przez posiadaną władzę. Że to się komuś z czymś skojarzy? Nie taki był cel reżysera.

Aktorzy, napędzani energią widowiska, wchodzą w jego niełatwą konwencję bez zahamowań. W grupie dziewczyn z Salem każda scharakteryzowana jest inaczej. Sylwia Góra-Weber czyni z Tituby indiańską szamankę i Lady Gagę w jednym - z koniecznym przy takim mariażu dystansem. Katarzyna Z. Michalska (Mary Warren) akcentuje zagubienie bohaterki, całkowicie bezbronnej wobec naładowanego złem świata. Na czele mamy zaś Abigail Williams w brawurowej interpretacji Katarzyny Dałek. Jej bohaterka jest ponad wiek rozbudzoną, domagającą się uwagi mężczyzny - jeszcze dziewczyną albo już kobietą. Katarzyna Dałek, świetna też w AMATORKACH, gra ją bez czułostkowości, bo tak ta postać przez Millera została napisana. Gdy trzeba, nie przestraszy się nagości, skamląc o względy Proctora (Mirosław Baka podkreśla jego skupienie, męskość charakteru, pewność stojących za nim racji). I koniec końców Abigail zyskuje nasze współczucie. W tym jest zwycięstwo młodej aktorki.

Pointa? Proszę bardzo, niczego nie wymyślam. Wychodząc ze spektaklu, usłyszałem, jak jedna dostojna dama przekonywała drugą, że gdy usłyszy od kogoś, iż Gdańsk to teatralna prowincja, chyba tętnicę przegryzie. Wybrzeże może być dumne z takich widzów."

Jacek Wakar, Teatr nr 11